Bieg WOP-isty

Kochamy biegać we Wrocławiu

Bieg WOP-isty

20 września 2015 Relacja 0
Bieg WOP-isty

Jedziesz drogą 369 z Lubawki w kierunku Przełęczy Kowarskiej. Mijasz Szczepanów, po czym wjeżdżasz na niewielkie wzniesienie. Gdy dojeżdżasz na szczyt tegoż wzniesienia Twym oczom ukazuje się tak bajeczny widok, że ciężko nie powiedzieć głośno: „WOW!”. Bądź tak typowo po polsku, jak ja – „o ku.… cze! ;)”. W tym właśnie momencie, zmierzając na zawody w Opawie byłem pewien, że wrażenia będą świetne – dla tego jednego widoku warto było tu przyjechać. A każdy kolejny pozytyw, to będzie wartość dodana. Podkręciłem muzykę ( The Nefilim – „Zoon” J ) w samochodzie i w wyśmienitym humorze pojechałem dalej.

Na miejscu szybki odbiór pakietu – przy okazji zastanawiałem się, czy w ogóle organizatorzy wiedzieli komu wydali pakiet, tak szybko poszło. Numery ewidentnie były przyznawane wg kolejności odbioru pakietu – dzięki temu wiedziałem, że jest kameralnie i w biegu startuje mniej, niż 60 osób ( najwyższy numer, który dostrzegłem, to 53 – wyższe mieli zawodnicy NW i faktycznie na mecie zameldowało się 53 zawodniczek i zawodników ). Zgarnąłem koszulkę – tu mały babol, impreza biegowa, a do wyboru tylko rozmiar XL, bądź XXL – że niby to jakiś bieg grubasów? Cholewcia, może nie doczytałem w regulaminie … No ale kawałek drogi z Wrocka pokonany, numer odebrany, więc nie ma odwrotu. Pogoda fajna, górki wokół malownicze, trochę znajomych – humor już wcześniej miałem wyśmienity, ale na samym starcie czułem się wręcz fantastycznie. No i tak rozmawiam ze znajomymi, wspólnie owczym pędem idziemy za innymi zawodnikami, którzy nie wiedzieć czemu odeszli trochę od bramki „Start”, a tu nagle wystrzał i lecimy. Już w biegu, po jakichś dziesięciu sekundach włączyłem stoper – rozejrzałem się po ludziach i większość wyglądała na równie zaskoczoną, ale co tam – biegniemy.

Biegaczy dużo nie było, a miałem konkretny plan, żeby skończyć w drugiej dziesiątce, więc na początek pognałem jak wściekły i przez moment biegłem jako trzeci w całej stawce. Powiecie – bez sensu. A ja po prostu miałem plan, że będę kontrolował, który jestem. Na samym początku mieliśmy się wspinać na najwyższy punkt biegu – Lasocki Grzbiet, potem w dół i dalej w planie mniejsze, bądź większe pagóreczki. 300 metrów przewyższenia na pierwszych czterech kilometrach ( w dodatku pierwszy kilometr w miarę płaski ), także byłem pewien, że na szczycie ta skromna stawka będzie zdrowo rozciągnięta. I miałem rację. Oczywiście dość szybko przeszedłem do marszu, więc kolejni zawodnicy ( i jedna zawodniczka ) mnie wyprzedzali, a ja szedłem i liczyłem. Tuż przed szczytem obejrzałem się za siebie – widok jeszcze lepszy, niż z drogi! No ale nie ma czasu, tuptam dalej – na górze melduję się dwudziesty trzeci i zaczynamy długi zbieg z powrotem do Opawy.

Dalsze kilometry są takie trochę bez historii – mniej więcej do półmetka trasa wiedzie głównie łagodnie w dół. Od czasu do czasu kogoś wyprzedzam, od czasu do czasu ktoś wyprzedza mnie. Staram się trzymać mniej więcej dwudziestego miejsca. Pierwszy raz od dawien dawna zdarza mi się, że na podbiegach raczej biegnę – raz, że podbiegi dość łagodne, dwa – walka o miejsce, no przecież! 😉 Na punktach nawadniania ( było chyba pięć – kameralny bieg, a tu takie luksusy! Super! ) po dwa-trzy łyki wody. Przed trzecim punktem mam mały kryzys – jakoś zaczyna brakować sił, w dodatku gubię trasę. Na szybkim zbiegu mijam zakręt w prawo – cała trasa świetnie oznaczona, ale fajny zbieg, to biegnę prosto. Głowa nie zadziałała i dopiero po parunastu metrach się zreflektowałem. W efekcie zawracam i łapię jakiegoś chwilowego doła, i dobrą minutę zamiast biec, to idę wkurzony na siebie. Na szczęście zaraz punkt nawadniania, a tam coś o czym właśnie marzyłem – arbuzy. Zatrzymuję się, spokojnie zjadam kawałek, powoli trzy łyczki wody, siły zaczynają wracać, więc po krótkim postoju zaczynam gonić dalej. Po chwili dobiegam do drogi na Zacler, widoczki piękne, od razu humor się poprawia i biorę się za nadrabianie dystansu. Moc wraca, jest dobrze 😉

Przez 2/3 dystansu wyprzedzamy się w kółko z zawodniczką z nr 5 i zawodnikiem z nr 31 ( to był taki „mój” peletonik ). Wbiegam tuż za nimi do miejscowości Bobr i tu zaczyna się najbardziej męczący psychę fragment trasy – na oko ponad kilometr prostej, asfaltowej drogi, lekko pod górę, z wiatrem w twarz. Mam wrażenie, że przeciwnicy biegną sobie dość lekko, a ja człapię jak ten hipopotam, ale mam motywację – ma być druga dziesiątka, a jestem dwudziesty pierwszy. Zmieniam muzykę i kadencję na ciut szybszą, i wychodzę na czoło peletoniku. Na koniec prostej mam bardzo wyraźną przewagę ( serio – wygląda na to, że odskoczyłem na dobre pół minuty ), do mety powinno być jakieś 3-4km, zmęczenia nie ma, jest super. Trochę tylko chce się skorzystać z toalety – wtedy jakby na zawołanie mijam jakiś dom, przed którym stoją dwie uśmiechnięte panie z transparentem „siku później – TERAZ BIEGNIJ” i znowu +10 do humoru. J Jeszcze ostatni punkt nawadniania, gdzie wolontariusz z daleka krzyczy: „woda, czy piwo”. Piwo tutaj? Micha mi się cieszy, krzyczę „woda” ( a w myślach dopowiadam „niestety” ), w biegu łapię kubek – dwa łyczki i ogień. Szybko mijam Niedamirów i zaczynam ostatnie podejście – niestety dość stromo, więc idę. Przed szczytem obracam się na chwilę – tuż za mną biegnie kolejny zawodnik, no to znowu zasuwam. Ostatni kilometr biegnę jakby to była piątka, a nie półmaraton. Oglądam się za siebie dopiero tuż przed boiskiem na którym jest meta – nikogo nie widać, ale finiszuję, jakbym ścigał się z kimś na centymetry. I dobrze, że zafiniszowałem – ostatecznie jest miejsce 19, a co ważniejsze jest czas 1:57:59 – jakaś tam mała satysfakcja, że złamałem “równe” 1:58. 😉 Przed biegiem oceniałem, że realnie mnie stać na 2:05, a tu taka niespodzianka. Jak na gościa, który ma życiówkę na połówce powyżej 1:40, to chyba całkiem niezły wynik – szczególnie, że forma niespecjalna, a ta połówka ma ponad kilometr więcej ( 22,25 km ) i koło 600 metrów przewyższenia, zaś warunki też nie były idealne – wiatr.

Na mecie spotykam Adama, który dobiegł siódmy. Mówię, że fajny bieg, nawet browary na punktach odżywczych mieli, jakby to było w tym starcie najważniejsze. 😉 Na co Adam, że przed ostatnim punktem odżywczym miał podobną sytuację jak ja. Biegnie, a wolontariusz z daleka krzyczy: „woda, czy izo”, on na to, że izo. Dobiega do punktu, a wolontariusz zamiast kubeczka z izotonikiem daje mu piwo. Adam zdziwiony pyta co to ma być, a wolontariusz: „no przecież pytałem: WODA czy PIWO”. J Skoro już o tym trunku mowa, to idę uzupełnić płyny, bo w pakiecie talony na dwa posiłki i dwa napoje, więc biorę rzeczonego browarka i wracam na metę, by poczekać na znajomych. Szczególnie czekam na Agnieszkę, z którą startowałem w Górach Stołowych i Karkonoszach, a teraz wmawiałem jej, że zrobi podium – pech, w końcu dobiega, ale w swej kategorii jest czwarta ( zaś w generalce piąta ). Było blisko, ale co się odwlecze … Opowiadamy jej przezabawną historyjkę jak to Adam dostał piwo na punkcie nawadniania, na co Aga mówi: „a weźcie, ja się nie zapytałam co tam mają i w efekcie napiłam się cytrynówki”. 😀 Przyznacie, dobrze zaopatrzone punkty tam mieli. Zresztą na inne posiłki, już na mecie, też nie można narzekać – kilka zup do wyboru ( jak zobaczyłem, że jest żurek, to nie było innej opcji – pycha! ), pierogi ( Adam polecał i miał rację – pycha! ), a także typowy posiłek każdego biegacza, czyli kiełbasa. Do tego chlebek wypiekany przez panią z pobliskiego gospodarstwa agroturystycznego, swojski pasztet ( tak dobry, że spałaszowałem 4 grubo posmarowane pajdy ) i smalec. No i wieeeelka beczka ogórków. Pewnie było coś jeszcze, ale nie wszystkiego próbowałem, także więcej grzechów nie pamiętam. 😉

Oczywiście nie wszystko wyglądało tak różowo. Jak pisałem – koszulki XL i XXL dla biegaczy to trochę pomyłka. Dodatkowo okazało się, że nie ma nagród w klasyfikacji generalnej, a jedynie w kategoriach wiekowych. Ale to tylko szczegóły, które nie wpłynęły na ogólny obraz tych zawodów, bo moje subiektywne wrażenie – kawał dobrej roboty. Jeden z najfajniejszych biegów ( o ile nie najfajniejszy ) w jakich uczestniczyłem. Dodam, że wcześniej kontaktowałem się z organizatorami mailowo ( i trochę przez FB ) w paru sprawach i podejście do mnie-zawodnika wręcz wzorowe. Żeby inni organizatorzy potrafili tak szybko i bezproblemowo załatwić wszelkie prośby uczestnika … Także – biuro zawodów bez zarzutu, mili wolontariusze, rewelacyjny bufet, ciekawe atrakcje, no i najważniejsze – fajna trasa i żadnych problemów z pomiarem czasu. Czegóż chcieć więcej? Po prostu świetna impreza, na której praktycznie wszystko organizatorom się udało – w każdym razie ja nawet na pokazie wrestlingu bawiłem się nieźle. Dziw bierze, że było tak kameralnie, bo dochodziły mnie słuchy o super organizacji – czy inni o tym nie słyszeli? Naprawdę dziwne.

Podsumowując – przygotowując kalendarz startów na 2016 na pewno będzie to jeden z tych biegów, od których zacznę całe planowanie. Mam nadzieję, że Organizatorzy podołają wyzwaniu, bo poprzeczkę zawiesili sobie baaardzo wysoko. I liczę na to, że dzięki tej relacji ktoś jeszcze skusi się na wycieczkę do Opawy – wierzcie mi, WARTO. 😉