Bieg Koliby Łomnickiej

Kilka miesięcy temu pojawiła się informacja o nowym maratonie górskim na Dolnym Śląsku – Waligóra Run Cross we wrześniu 2016. Trzeba przyznać, że ekipa organizatorów dość aktywnie zachęcała i nadal zachęca do udziału w biegu: a to wrzucając kolejne zdjęcia z malowniczej trasy; a to pisząc o różnych atrakcjach, które czekają uczestników biegu; a to organizując treningi na trasie maratonu; wreszcie robiąc zawody, które miały pokazać potencjalnym uczestnikom co na nich czeka – Bieg Koliby Łomnickiej.

Początkowo można było przeczytać, że bieg będzie miał formułę koleżeńską, żadnych nagród, pakietów i innych takich bajerów. Wpisowe symboliczna piąteczka żeby było na jakąś wodę i kiełbę na mecie ( tu dodam od siebie, że nawet jakby nie było tej wody i kiełby, to wypada jakoś docenić organizatorów tego typu imprez, bo ktoś poświęca swój czas, żeby oznaczyć trasę, przygotować numery, zmierzyć czas etc – no zwyczajnie na choćby symboliczne bezalkoholowe za włożoną pracę się należy ), ot kameralne ściganie o pietruszkę. Lubię takowe, Góry Suche uwielbiam, więc bez zastanowienia zapisałem się licząc nad dobry trening i przednią zabawę w górach. Im bliżej zawodów, tym więcej nowych informacji się pojawiało: jakieś symboliczne nagrody za podium jednak będą, jakieś symboliczne medale też, no i jakiś symboliczny pakiet, jakieś biegi i inne atrakcje dla dzieci. I to wszystko cały czas za symboliczną piąteczkę.

No i w końcu nadchodzi dzień zawodów. Docieramy do Koliby Łomnickiej i z daleka widzimy, że na parkingu pełno samochodów, a pod biurem zawodów dziki tłum. To ma być ten mały, kameralny, koleżeński bieg? Myślałem, że może z 50 osób będzie, a tu grubo ponad setka uczestników + masa dzieciaków. Organizatorzy chyba też się nie spodziewali takiej frekwencji i sam słyszałem jak przepraszali za ledwie jedno stanowisko gdzie można odebrać numer. Cóż – kolejka do tegoż stanowiska była pokaźna, ale raz, że wszystko szło dość szybko, dwa – jakby „po drodze” obok kolejki stanowisko z kawką, herbatką, ciachem. Są pyszności to korzystam, wszak ciastki to najlepsi przyjaciele biegacza. Także chwila moment i już odbieram numer, i ( jednak! ) pakiet startowy. Szybko się przebieram i już trzeba lecieć na start.

O samym biegu za wiele pisać nie będę – chciałem pobiec treningowo, dość luźnym tempem, gdyż w tym roku jakoś nie było za wiele okazji wybrać się w góry – ot styczniowy maraton na Ślęży i jeden trening tamże. Niestety, albo stety przed startem spotkałem znajomego – Sylwka ( tak, tak – oczywiście MKB Semper Humilis ) – który jest dobre dwie klasy lepszy ode mnie. Też postanowił pobiec treningowo, ustawił się podobnie jak ja pod koniec stawki, więc pomyślałem, że na początku trochę go pościgam, a potem truchcik. Niestety dość szybko zostałem zauważony i skończyło się na tym, że dobre 12 kilometrów zasuwaliśmy razem, gadając jak przekupy ( jeśli ktoś też startował w tym biegu to: tak, to my byliśmy tymi gośćmi co nawet na „ściankach” trajkotali jak najęci ). Co prawda przed Ruprechtickim Spicakiem pożegnałem Sylwka mówiąc, że dalej odpuszczam ( czyli na podejściu przechodzę do spaceru – Sylwek pobiegł dalej ), ale w połowie podejścia okazało się, że kolega zamarudził, bo bawi się w fotografa. Dogoniłem go i polecieliśmy razem ( kontynuując trajkotanie ) aż do kamieniołomu, jakieś 3 km przed metą. Tam było z górki, ale ja nie miałem już siły i chęci by cisnąć, i w końcu przeszedłem do planowanego od początku truchciku, a Sylwek poleciał swoje. Na tych ostatnich „lajtowych” kilometrach wyprzedziło mnie paręnaście osób, a i tak skończyłem na miejscu 50/133, czyli całkiem przyzwoicie ( Sylwek OPEN 32 – to jest dopiero nieźle jak na rekreacyjne tempo, fotki i kilkukrotne czekanie na mnie ). Na mecie woda, medal i – co najważniejsze – „piąteczka” od córki, która czekała ze swoim medalem z biegu dla dzieci.

Bieg Koliby Łomnickiej

Po biegu, jak to po biegu – część wody wypiłem, część wylałem na siebie, odsapnąłem chwilę, zjadłem ciacho, popiłem kawo-harbatą z mlekiem ( a bo jak ten ostatni nieogar nasypałem sobie kawy do kubeczka, przez pomyłkę zalałem herbatą i do tego dolałem mleka; wziąłem łyka, stwierdziłem, że da się wypić, więc drapnąłem do tego „przepysznego” zestawu ciacho i zadowolony poszedłem do rodzinki – tam żona stwierdziła coś w stylu: „o … kawa. A wiesz, że ja sobie przez pomyłkę zrobiłam kawo-herbatę z mlekiem?” – brawo my! ) i w końcu miałem czas trochę się porozglądać i porozmawiać ze znajomymi. Wszyscy zadowoleni, dominowała opinia, że bieg rewelacja i … muszę się pod tym podpisać. Było po prostu świetnie, wielkie gratulacje dla Organizatorów za tą wspaniałą imprezę. I oby ten prolog wszedł na stałe do kalendarza biegów, bo … bo po prostu było tak fajnie. I jeszcze raz napiszę – to wszystko za symboliczne 5 złotych. Nie wiem jak oni to zrobili, ale udało się. Czapki z głów.

Na koniec słowem podsumowania muszę jednak napisać coś ciut cierpkiego do Organizatorów: jeśli robicie takie preludium do właściwej imprezy, to nie wypada aby Waligóra Run Cross był gorszy. Po Biegu Koliby Łomnickiej oczekiwania biegaczy mogą być baaardzo duże – i sami sobie zgotowaliście ten los. Teraz wszyscy oczekujemy czegoś jeszcze lepszego! tongue emoticon Także jeśli ktoś się zastanawia, czy warto się we wrześniu wybrać do Głuszycy na WRC, to podpowiem: WARTO!

Related posts